Dla mnie najważniejsze było i jest, żeby żył! (Danuta, 67 lat)

Prześlij mailem
Pobierz
Drukuj

Jak to się wszystko zaczęło u Pani męża?

Zaczęło się zupełnie niepozornie - od częstszego oddawania moczu. Te objawy nasilały, mąż je bagatelizował. Nie chciał mnie słuchać, gdy prosiłam, żeby poszedł do lekarza. Ja mu odpuszczałam, na co jestem na siebie zła. W końcu nie mógł oddać moczu, pojawił się silny ból i poszedł do lekarza.

Dlaczego mąż nie chciał wcześniej pójść do lekarza?

Bał się. Nie potrafię tego inaczej wyjaśnić.

Gdy została postawiona diagnoza, jakie myśli i emocje pani towarzyszyły?

Byłam przerażona, chodziarz to chyba zbyt delikatne określenie. Czułam się jakbym zderzyła się z autobusem. I jeszcze byłam bardzo, bardzo zła. Złościłam się na wszystko, nie mogłam zrozumieć dlaczego nas to spotkało. Jednak, kiedy zobaczyłam, w jak złym stanie jest mój mąż, to po prostu musiałam wziąć się w garść i się nim zająć.

Na czym polegało, to zajęcie się mężem?

Podeszłam do tego bardzo zadaniowo. Otarłam łzy, schowałam swoje emocje do kieszeni i zaczęłam organizować leczenie. Pytałam się znajomych, rodziny o dobrych specjalistów i tak jakoś krok po kroku trafiliśmy na naszego cudownego lekarza.

Na czym polegała wyjątkowość tego lekarza?

Na ludzkim podejściu. Poświęcił nam mnóstwo czasu, wszystko dokładnie wyjaśnił. Oczywiście towarzyszyłam mężowi przy każdej wizycie. Notowałam, zadawałam wiele pytań, a lekarz udzielił nam wszelkich informacji. Te wizyty nas uspokoiły. Przestaliśmy tworzyć czarne scenariusze leczenia.

Czy poza onkologiem, ktoś jeszcze Was wspierał? Czy korzystaliście ze wsparcia psychoonkologa?

Tak. Nasz lekarz polecił nam taką konsultację. Mąż się opierał, ale namówiłam go. Sama też skorzystałam, bo było mi to także bardzo potrzebne. Do dzisiaj czasami spotykam się z panią psycholog. Myślę, że za mało się mówi, jak ważne jest wsparcie specjalisty w procesie leczenia.

A jak już rozpoczęło się leczenie, jakie towarzyszyły pani emocje?

Przede wszystkim poczułam ulgę. Tak jak wspominałam jestem zadaniową osobą, więc leczeniem było już działaniem. Lekarz i psycholog rozmawiali z nami o skutkach ubocznych leczenia, o możliwych powikłaniach i dysfunkcjach seksualnych. Mąż nawet się mnie zapytał, czy to będzie dla mnie problem. Powiedziałam mu, brzydko mówiąc, żeby puknął się w głowę! Dla mnie najważniejsze było i jest, żeby żył!

I powiem Pani, że mijają trzy lata od postawienia diagnozy. Przeżyliśmy olbrzymi kryzys, ale teraz jest naprawdę dobrze. Zmieniły nam się priorytety. Trochę szalejemy. Podróżujemy, wychodzimy do kina, teatru do restauracji. Jesteśmy bardzo blisko, jak chyba nigdy wcześniej. Korzystamy z życia!

Co by pani radziłam innym kobietom, które wspierają swoich mężczyzn w chorobie?

Rozmawiajcie ze sobą. Nie unikajcie siebie, szukajcie pomocy u przyjaciół i bliskich. Dajcie sobie prawo do tego, żeby też otrzymać wsparcie. Bądźcie ze sobą blisko. To daje dużą siłę. I nie przejmujcie się głupotami. Ja już przestałam i jest mi w życiu o wiele łatwiej.

PHPL/ONC/1117/0001