Historia Petra

Prześlij mailem
Pobierz
Drukuj

Drodzy Przyjaciele, zwrócono się do mnie o opowiedzenie historii mojego przypadku, która trwa już 12 lat.

Zawsze byłem bardzo aktywnym człowiekiem. W dzieciństwie uprawiałem sport i zajmowałem się wszystkim co można robić na wolnym powietrzu; kiedy ukończyłem 15 rok życia, muzyka zastąpiła moje wszystkie dotychczasowe zajęcia i rozpocząłem grę na bębnach. Grywałem zarówno w orkiestrze dętej, jak i w zespole tanecznym i zespole rockowym. W sumie było mi wszystko jedno gdzie, jeżeli tylko mogłem grać, a czasami grałem 7 dni w tygodniu. Następnie dostałem pracę w charakterze kierownika budowy, którą również lubiłem ze względu na jej namacalne wyniki. Krótko mówiąc, nie miałem czasu chorować. Kiedy dopadała mnie grypa, rozprawiałem się z nią w niedzielę, aby już od poniedziałku iść z powrotem do pracy. Kiedy czułem się naprawdę źle szedłem do znajomego lekarza, który przepisywał mi antybiotyki, a po tygodniu zlecał badanie OB, informując, że w porównaniu z poprzednimi wynikami jego wartość jest zawsze wyższa, tak więc wszystko jest ok. Prawdopodobnie była to jedna z przyczyn pojawienia się prawdziwych problemów.

Moja historia zaczęła się bardzo prosto we wrześniu 2004 r. Pamiętam, że szedłem i w pewnym momencie źle stąpnąłem, upadłem i nie mogłem się ruszyć. Poczułem straszny ból w obrębie miednicy. Najpierw pomyślałem o wypadnięciu dysku, z którym już od lat miewałem przykre doświadczenia, ale tym razem było to coś znacznie poważniejszego. Zostałem przewieziony do szpitala na oddział ortopedyczny w Rychnovie nad Kněžnou, gdzie została postawiona diagnoza skomplikowanego złamania kości kulszowej i kości biodrowej. Ze względu na okoliczności złamania zostały pobrane próbki i wysłane na badanie histologiczne, którego wynik pogrążył mnie w rozpaczy. Pacjent zdiagnozowany ze szpiczakiem mnogim. Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy lekarz przyszedł do mojej sali szpitalnej. Był on moim przyjacielem. Przyniósł nieco brandy i powiedział – „Nie jest dobrze”. Najpierw nie zrozumiałem bezsensownej wypowiedzi mojego przyjaciela, ale szybko otrzeźwiałem, nawet po kieliszku brandy. Dlaczego JA? Mam tylko 46 lat, ile mi jeszcze zostało – mój ojciec zmarł na raka trzustki w wieku 52 lat i rok, kiedy umierał, zapisał się w okrutny sposób zarówno dla jego bliskich, jak i dla niego samego. Korowód tego rodzaju myśli przelatywał przez mój umysł, a niektóre z nich były naprawdę szalone.

Największa zmiana nastąpiła po przeniesieniu mnie do szpitala uniwersyteckiego w Hradec Králové, gdzie lekarze wyjaśnili mi co się stało i od samego początku byli bardzo szczerzy. Dowiedziałem się, że mam szczęście, ponieważ gdyby wykrycie choroby nastąpiło dwa lata wcześniej, lekarze stanęliby przed ścianą terapeutycznej niemocy, ale teraz postęp naukowy, jaki nastąpił, dawał mi szansę. Po pierwszym szoku zacząłem spoglądać w tył i sporządzać bilans przeszłości. Najpierw analizowałem to, czego nie zrobiłem lub co zrobiłem źle. Ale potem moje myśli pobiegły w przeciwnym kierunku i szybko zdałem sobie sprawę, że moje dotychczasowe życie nie zostało zmarnowane, że sporo osiągnąłem, założyłem własną firmę, dobrze się bawiłem i żyłem pełnią życia. I że mam wspaniałą żonę, dzieci, rodzinę i mnóstwo przyjaciół. I właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że muszę walczyć i wierzyć. Wierzyć w siebie, a głównie w innych, którzy się mną opiekują i którzy mnie dopingują. I to był punkt wyjścia, kiedy zdałem sobie sprawę, że nie chcę opuszczać tego cudownego świata.

Moja terapia musiała zostać podzielona na dwa etapy. Na początek szpiczak mnogi wymagał ustabilizowania. Ten etap zakończył się wynikiem pomyślnym, jakiś rok później mogłem przystąpić do etapu drugiego, polegającego na rekonstrukcji kości miednicy i biodra. Oznaczało to przykucie do łóżka na co najmniej na rok z nogą na wyciągu, a potem zwisającą luźno na ścięgnie, bez możliwości jakiekolwiek poruszania się. Wtedy miałem i nadal mam dużo szczęścia do specjalistów, którzy mnie leczyli. Moja pierwsza runda chemioterapii odbyła się w październiku 2004 r. bez powikłań, dzięki czemu w nagrodę dostałem przepustkę do domu na Święta Bożego Narodzenia. Spędziłem je co prawda w regulowanym, szpitalnym łóżku, ale w domowej atmosferze poczułem się naprawdę szczęśliwy. Szczególnie kiedy przyjaciele i znajomi w liczbie 30 osób przyszli w Wigilię na śpiewanie kolęd. Po Świętach zostałem poddany operacji, polegającej na wydzieleniu i autologicznym przeszczepie komórek krwiotwórczych. I znowu wszystko zadziałało za pierwszym razem. W tamtym czasie psychicznie funkcjonowałem na tyle dobrze, że nawet kupiłem samochód z automatyczną skrzynią biegów i zacząłem znowu cieszyć się życiem i poczuciem niezależności. Zacząłem chodzić o kulach i byłem szczęśliwy, że najgorszą część mam już za sobą.

Drugi etap leczenia nastąpił 14 miesięcy później w szpitalu uniwersyteckim Na Bulovce w Pradze. Sam zabieg stanowił kolejne nierealne wręcz doświadczenie, gdyż dzięki znieczuleniu dolędźwiowemu mogłem swobodnie rozmawiać z operującym mnie chirurgiem i słuchać niezłej muzyki przez prawie cztery godziny. A wynik? Ponownie pomyślny. Po operacji rozpoczęło się poszukiwanie odpowiedniego dla mnie sanatorium z zabiegami rehabilitacyjnymi. Wszystko przebiegało sprawnie, wraz z ustaleniem daty przyjęcia, do momentu, kiedy w sanatorium dostrzeżono, że jestem leczony na szpiczaka mnogiego. Stwierdzono wtedy, że sanatorium nie jest odpowiednio wyposażone dla tego rodzaju pacjentów. W końcu sanatorium w Třeboň podjęło to „ryzyko”, a podejście personelu i wysoki poziom rehabilitacji doprowadziły do doskonałego wyniku końcowego. Żałowałem jedynie, że gdybym trafił do nich 6 miesięcy wcześniej, wynik mógłby być jeszcze lepszy. Następnie przeszedłem etap leczenia podtrzymującego i od 2012 r. jestem w stanie remisji. Obecnie prowadzę „normalne” życie na ile jest to tylko możliwe. Wróciłem do swojej firmy i letniego domku, do zbierania grzybów i ukochanej muzyki, a nawet do nart. Cieszę się rodziną, wnukami i żyję „na pełnym gazie”.

Może się nagle wydać, że moja historia ma zakończenie jak w bajce, ale wróćmy na chwilę do jej początku. Szpiczak – jak każda inna „nieuleczalna” zmiana nowotworowa – zniszczy nasze życie, czy tego chcemy czy nie. Nagle dociera do nas, że nasze życie jest teraz kontrolowane przez kogoś innego i zaczynamy doceniać inne rzeczy, postrzeganie świata zmienia się i dochodzimy do wniosku, że czas jest szalenie względnym pojęciem.

Zauważamy też, jak wiele osób wokół nas pragnie stoczyć tę nierówną walkę razem z nami. Przede wszystkim moja żona, dzieci, rodzina, przyjaciele, współpracownicy... Tyle godzin, kilometrów i psychicznej energii, którą poświęcili mnie i mojej chorobie. Czasami wyglądało to jak karnawał wokół mojego łóżka. Wręcz tłumy odwiedzających. A następnie wspaniały zespół lekarzy, pielęgniarek i całego personelu medycznego. Wszystko to stanowiło doping, jakiego potrzebowałem. Przede wszystkim mogłem sam sobie potwierdzić, że mamy jeden z najlepszych systemów opieki zdrowotnej na świecie, tak samo jak lekarzy, którzy są prawdziwymi mistrzami w swoich specjalnościach, a ich praktyczne umiejętności mogą się czasami laikowi wydawać wręcz nadludzkie.

A po drugiej stronie pola jesteś Ty. Widziałem ludzi, którzy się poddali już na początku i ludzi, którym się po prostu nie udało. Widziałem jak niektórzy chcieli się poddać, ale zmienili zdanie po skutecznych rozmowach i są dzięki temu nadal wśród nas. Widziałem również i wybrałem inną drogę, taką, gdzie się nie poddam i dam radę. Ale, jak już wspomniałem, do sukcesu potrzebna jest też odrobina szczęścia. Uświadomiłem sobie, że należy dbać o zdrowie i stan organizmu, a kiedy pojawi się problem, warto zainteresować się nim i nie bać się pytań. A jeżeli będziemy przekonani, że rozmawiamy ze specjalistą, należy mu całkowicie zaufać i uwierzyć. Staram się nie skupiać na ograniczeniach, ale mam świadomość, że już nie należę do długodystansowców. Zatem moja rada jest prosta: tak długo, jak to możliwe, róbmy wszystko co sprawia nam przyjemność i co przynosi radość nam i naszym bliskim, a wtedy nie będziemy mieć czasu dla naszego „przyjaciela” – szpiczaka mnogiego.Wreszcie chciałbym podziękować wszystkim, którzy w mojej historii odegrali jakąś rolę, nieważne jak małą. Bez nich mojej historii by po prostu nie było.

Pozdrowienia od Petra, lat 59

PHPL/DAR/0917/0006