Pastor Janusz Daszuta "Mam dla kogo żyć"

Prześlij mailem
Pobierz
Drukuj

Janusz Daszuta od 1996 roku jest pastorem Kościoła Ewangelicko-Metodystycznego w Kielcach (Polska). Przewodniczy Świętokrzyskiemu Oddziałowi Polskiej Rady Ekumenicznej, jest członkiem Stowarzyszenia im. Jana Karskiego.

Wiele osób mówi, że choroba przewartościowała im życie. Pastorowi przewartościowała? 

Na pewno zacząłem bardziej cenić życie, dostrzegać każdy moment. Chcę wykorzystać czas, który mi został. Kiedy się dowiedziałem o chorobie, wiedziałem, że chcę się skupić na rzeczach ważnych, potrzebnych, ale też i praktycznych, i zrobić coś dla rodziny i kościoła. Ale przede wszystkim wówczas doceniłem i dostrzegłem, jak wielkie otrzymuję wsparcie. Mam bardzo bliskie więzi zarówno z żoną, dziećmi, jak i z parafianami. Tworzymy rodzinę. Modlą się za mnie, zastępują, kiedy czuję się słaby. Pomagamy sobie nawzajem. To daje niewyobrażalną siłę. 

Od razu pastor powiedział wszystkim o chorobie? 

Nie. Choroba się pojawiła znienacka w 2008 roku. Kasłałem i nie mogłem się pozbyć tego kaszlu. Brałem jeden, drugi antybiotyk. Nic nie działało. W końcu miejscowa lekarz zleciła badania krwi. Okazało się, że mam przekroczoną normę limfocytów. Diagnoza była szybka: białaczka limfatyczna. Brzmiało strasznie, ale nie do końca wiedziałem, co to oznacza. Na początku miałem tylko zgłaszać się na obserwacje i robić badania krwi. O chorobie powiadomiłem oczywiście żonę i dzieci, a potem parafian i przyjaciół, żeby prosić ich o wsparcie modlitewne. To jest niezwykła rzecz wiedzieć, że ludzie w różnych zakątkach świata modlą się za mnie.

Szukaliśmy również różnych źródeł dodatkowych informacji. Żona jest realistką i podchodzi bardziej pragmatycznie do życia niż ja – i to ona czytała w internecie. Była skupiona, co możemy po ludzku zrobić, aby sobie nawzajem pomóc. 

Bał się pastor? 

Tak, kiedy usłyszałem, że czeka mnie chemioterapia, wystraszyłem się, jak to będzie wyglądać. Ale wiem, że przez to, że mam do spełnienia misję na tej ziemi, to z ufnością podszedłem do sprawy i poddałem się leczeniu. To trwało około pół roku. 

Było tak strasznie, jak pastor myślał? 

Początek był trudny, szczególnie za pierwszym razem, kiedy podano mi w szpitalu chemioterapię, wtedy zacząłem się dusić, potem było mi tak przeraźliwie zimno, dreszcze, gwałtowne zmiany temperatury. To było straszne. Nacisnąłem czerwony guzik i lekarz zmniejszył dawkę. I powoli się to uspokoiło. Potem kolejne dawki były nawet znośne, choć za każdym razem fizycznie byłem następnego dnia słaby. 

Dalej odprawiał pastor nabożeństwa? 

Były takie tygodnie, kiedy nie miałem siły i ktoś inny mnie zastępował w kościele. Potrzebowałem wtedy dojść do siebie. Ale staram się cały czas pracować. Teraz, w czasie wakacji, pomimo kolejnej terapii prowadziłem jak co roku półkolonie dla dzieciaków. Zaczęło się jeszcze przed chorobą – jako kościół zaczęliśmy się zastanawiać, jak możemy służyć, i odkryliśmy, że dzieci nie jeżdżą na wakacje. Biegają do spożywczaka i z powrotem. Zorganizowaliśmy igrzyska dziecięce, zbudowaliśmy plac zabaw, a potem z pomocą jednej z organizacji chrześcijańskich ze Szwajcarii kupiliśmy indiańskie tipi. I tak się potoczyło. W tym roku dodatkowo zorganizowaliśmy obóz dla ojców z synami. Mieliśmy siedem takich par. Wspólne ogniska, naprawianie rowerów, zbieranie ziół, gry i zabawy. A w międzyczasie skoczyłem na jeden wlew do szpitala… Sama pani widzi, że da się z tym normalnie żyć. 

Mieszka pastor na wsi. To utrudnienie? 

Na odwrót, tu mam o wiele zdrowsze jedzenie, uprawiamy własne pomidory, ogórki, owoce. A teraz nawet mam pszczoły i miód. Poza tym do Kielc jest dwadzieścia jeden kilometrów – jeździłem tam na badania kontrolne: najpierw co trzy miesiące, potem co dwa, potem co miesiąc. Ale mam to szczęście, że cały czas pomagała mi żona. To ona mnie woziła do szpitala. To ważne, bo nie zawsze dobrze się czułem, miałem mdłości. Po pierwszej serii chemioterapii  miałem trzy i pół roku spokoju, ale w roku 2015 poziom leukocytów znów urósł do osiemdziesięciu pięciu tysięcy. Wtedy to już naprawdę marnie się czułem. Byłem słaby. Wówczas  lekarze powiedzieli, że muszę poddać się drugiej serii chemioterapii. 

Był na to pastor gotowy? 

Wiedziałem, że otrzymywałem doraźne leki. I że choroba powróci. Ale bałem się. Wtedy też sam zacząłem się interesować, co to dokładnie za choroba i jakiego rodzaju terapie są dostępne. 

Szukał pastor innych metod leczenia? 

Zacząłem się konsultować z moimi kolegami na świecie. Dzięki temu, że skończyłem studia teologiczne w Stanach, mam przyjaciół w różnych zakątkach świata. Zacząłem czytać, jakie są badania w dziedzinie leczenia białaczki. Widziałem, że niektóre laboratoria mają interesujące wyniki. Ale też widziałem, że tylko wąska grupa pacjentów może z tego korzystać, i wiedziałem, że jeszcze sporo czasu upłynie, zanim stanie się to dobrem dostępnym dla wszystkich. W tym czasie dowiedziałem się, że również w Polsce trwają prace nad nową terapią. Jeden z opiekujących się mną hematologów powiedział, że w Małopolskim Centrum Medycznym prowadzą badania kliniczne i może niedługo znów ogłoszą nabór do kolejnych badań. A nuż się zakwalifikuję. 

Jak wyglądała taka kwalifikacja? 

Wszystko wydarzyło się tak nagle. Pewnego razu, po tygodniowym pobycie w szpitalu, lekarz mi powiedział: „Wypisujemy pastora z oddziału i proszę jechać do Krakowa, teraz, w tej chwili. Bo jest szansa, że uda się zakwalifikować, ale jest miejsce tylko dla czterech osób”. Dali mi do ręki wyniki, dokumentację medyczną i kazali jechać. Tyle że zdążyłem zadzwonić do żony i powiedzieć: „Przyjeżdżaj, ruszamy do Krakowa”. 

Nie wahał się pastor ani chwili? 

Dostaliśmy na samym wstępie całą księgę potencjalnych efektów ubocznych, ale nie wahaliśmy się. Wiedziałem, że po ostatniej chemii mam osłabioną nerkę. A lekarz mi opisał dość obrazowo sytuację: klasyczna chemia to jak strzelanie z działa, niszczy wroga, ale przy okazji wszystko dookoła, ta nowa terapia to jak strzał snajperski, który dokładnie trafia wroga. Jeszcze tego samego dnia zgodziliśmy się. Zrobiono mi badania i powiedziano: „Będziemy się odzywać, proszę czekać”. Po około trzech tygodniach zadzwonili, że zostałem przyjęty. To była wspaniała wiadomość. Poczułem wiatr w żaglach. Poczułem, że znowu podano mi rękę, i dlatego traktuję tę terapię jako dar od Najwyższego.

Jak to w praktyce wygląda? 

Trzy tabletki biorę codziennie, a co dwa tygodnie jeżdżę na wlew. 

To dość często.

Przyzwyczaiłem się, choć w krakowskim centrum medycznym musimy być o siódmej rano. 

Muszą zatem państwo wstawać o czwartej rano, żeby zdążyć…

Skontaktowałem się ze znajomym pastorem, który mieszka w Krakowie, i jeździmy wieczorem. U niego śpimy. Czasem nocujemy w hotelu, ale czasem jest i pobudka o tej czwartej rano. Żona pracuje, jest nauczycielką angielskiego, ale ma tak ułożony plan, żeby jeździć ze mną. Sam bym nie dał rady. Szpitalna rutyna wygląda dość podobnie: na samym początku pielęgniarki pobierają krew, ważą, mierzą temperaturę i ciśnienie. Robią też czasem EKG, przed, w trakcie i po. Po ósmej mam wizytę lekarską. Lekarz ogląda między innymi mój specjalny dzienniczek, w którym codziennie wpisuję, jak się czuję, ile tabletek brałem. Potem czekamy na wyniki. To czas dla mnie z żoną, idziemy na śniadanie, a jak jest ładnie, idziemy na spacer. Jeśli nie ma infekcji, to zgłaszam się na wlew, który trwa około dwóch godzin. Przyjemne jest to, że spotykamy się w centrum medycznym w podobnym składzie. Te same osoby. Wspieramy się nawzajem. Uśmiechamy się, żartujemy. Ale są też momenty szczególne. Pamiętam taką scenę: dwa miesiące temu, kiedy czekałem przed gabinetem, wyszła jedna z naszych koleżanek z programu i powiedziała: „Jestem zdrowia. Nie mam śladu choroby”. To była niesamowita, piękna chwila. Wszyscy ją wyściskaliśmy. Takich momentów się nie zapomina. 

Mówił pastor, że poczuł wiatr w żaglach. Dlaczego? 

Miesiąc temu lekarz jeszcze mówił, że może uda się mnie wzmocnić do przeszczepu. Szukaliśmy więc dawcy, na szczęście okazało się, że mój najmłodszy brat jest w stu procentach zgodny i może zostać dawcą. Ale teraz usłyszałem od swego lekarza, że może przeszczep nie będzie mi potrzebny. Wierzę mu. Nie wiem, jak lek działa, ale wystarczy mi, że wyniki się poprawiają, nie muszę przecież wszystkiego rozumieć. Istotny jest efekt. Co będzie dalej, nie wiem, ale z ufnością idę naprzód. 

Co jest w tym wszystkim najtrudniejsze dla pastora jako pacjenta? 

Najtrudniejsza dla mnie w tym wszystkim była wiadomość, że żadne leczenie nie jest w stanie mnie wyleczyć, tylko może zahamować, powstrzymać rozwój choroby. To jest nieprzyjemne uczucie. z czasem musiałem z tym faktem się pogodzić, że choroba to taki mój towarzysz życia, który często przypomina mi, że w życiu muszę uważać na wiele różnych rzeczy. Choć nie da się żyć bez uniknięcia różnych potknięć i upadków, to wiem, że w swoich zmaganiach nie jestem sam, że mam wsparcie z nieba i z ziemi. I za to wszystko całym sercem dziękuję. Wiem też, że wiele zależy od chorego.

Niektórzy ludzie szybciej niż inni odchodzą, bo są sami, bo nie mają dla kogo żyć. Wtedy przestają walczyć, nie dbają o siebie, niektórzy nadużywają alkoholu. Na chwilę zapominają o swojej rzeczywistości, ale to nie poprawia ich sytuacji. Kiedy brakuje nam wsparcia w dniach słabości, dużo trudniej samemu sobie radzić. Dlatego z taką wdzięcznością przyjmuję każde wsparcie żony, parafian, dzieci, przyjaznych lekarzy, to jest potężna dawka energii. Z pewnością wzmacnia nas w walce, daje nadzieję i inspiruje. Kiedy mamy dla kogo żyć, to wszystko wtedy ma jakiś ważny sens.  

PHPL/HEM/0917/0004